| Piątkowy poranek |
|
Rano, znaczy jak już wstałem i coś ze sobą zrobiłem, postanowiłem, że pojadę do Weroniki i zabiorę ją dziś do pracy. A co, zawsze to parę chwil dłużej tylko i wyłącznie z nią. Tak jak pomyślałem, tak zrobiłem. Zebrałem się i wyjechałem na tryle wcześnie, żeby nie stać w korkach i żeby ona, nie zdążyła mi uciec już do pracy. Zajechałem pod jej blok i zadzwoniłem domofonem. Znowu nawet nie zapytała kto, tylko otworzyła drzwi. Dotarłem do góry, zadzwoniłem dzwonkiem i to co zobaczyłem w drzwiach naprawdę mnie wystraszyło. Spodziewałem się wielkiego uśmiechu na jej twarzy a zobaczyłem Weronikę z opuchniętymi oczkami od płaczu. Ale powiedziała żebym wszedł i rozpłakała się na nowo. A ja nie wiedziałem, co mam robić. Najchętniej bym ją przytulił, ale bałem się tego zrobić. Przecież znamy się dwa dni. No właśnie, jak można się zakochać w ciągu dwóch dni? Nie wiem i pewnie nie można. A ja się zakochałem i nikt nic mi nie zrobi. Wracając do łez Werci, podałem jej chusteczki i pozwoliłem się wypłakać. |